Na Grójeckiej raz ulicy,
Witold kota wiódł na smyczy.
Kotek miauczał, podskakiwał,
Do przechodniów łapką kiwał.
Mówi: wziąłem swego Pana
Aby się przewietrzył z rana.
A gdy przyjdzie mi myśl taka,
Pójdę do Hali Banacha.
Tam mu powiem: kup mój Panie,
Dla mnie mięsko na śniadanie,
Chrupki i świeżutkie mleko.
To od domu nie daleko.
Będę za to Cię szanował,
Jeszcze mocniej wciąż miłował.
Będę Ci wieczorem mruczał,
I nie będę już dokuczał...
St. A. Grabowski 15-02-2012
PORANEK WITOLDA
A nasz Witold Pan nad Pany
Wypił z rana litr śmietany
Połknął chleba cztery kromki
I niewielkie trzy poziomki
Bowiem słyszał od rodziny
-Zjadać trzeba witaminy-
Wszystko zagryzł papierosem
I podrapał się pod nosem
Włożył jeszcze okulary
I skarpetki nie do pary
Marynarkę oraz czapkę
I uścisnął kotu łapkę
Wyszedł z domu na przystanek
Słońce świeci -był poranek-
Do tramwaju wsiada szybko
I podziwia świat za szybką
Gdy dojechał na bazarek
Szybko kupił rzeczy parę
Jabłka, śliwki oraz gruszki
Mały słownik chińsko- ruski
Dwa korkowce, trzy balony
Oraz z golfem kalesony
Kupił jeszcze dżem z pokrzywy
I do domu mknie szczęśliwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz